|
Łezka
w oku, brawa bez końca Galeria Beletage w salonie meblowym Vox, prowadzonym przez Martę i Krzysztofa Coftów, z reguły nie narzeka na brak publiczności. Jednak zainteresowanie koncertem Alfreda Schreyera na otwarciu wystawy "Bruno Schulz, Drohobycz i zaginiony świat sztetla", który miał się odbyć w piątek, 19 lutego, przeszło wszelkie oczekiwania. Zgłosiło się tyle osób, że to wyjątkowe wydarzenie artystyczne zostało powtórzone w sobotę!
Recital
wspomnień W oba wieczory obszerne pomieszczenia galerii sztuki na Genthiner Strasse 36 pękały w szwach. Nie dla wszystkich starczyło miejsc siedzących. Podczas dwugodzinnych koncertów zespołu wokalno-instrumentalnego z Drohobycza – śpiewaka i skrzypka Alfreda Schreyera, akordeonisty Tadeusza Serwatki i pianisty Lwa Lobanowa – panowała cisza, przerywana jedynie entuzjastycznymi oklaskami. Publiczność słuchała w skupieniu i z coraz większym wzruszeniem piosenek, melodii i wspomnień ze świata, którego już nie ma: świata wielokulturowych polskich Kresów, który ocalał jedynie w pamięci. Jednym z ostatnich świadków tamtego świata, zamordowanego w czasie II Wojny światowej przez Niemców; świata fizycznie i materialnie zgładzonego, bo skazanego po wojnie przez Sowietów na zapomnienie, jest właśnie Alfred Schreyer, który 8 maja skończy 88 lat. Trudno uwierzyć, że ten drobny, siwy i pogodny pan w nienagannie skrojonym garniturze i o nienagannych manierach, który śpiewa i gra na skrzypach z werwą i młodzieńczym temperamentem, przeżył piekło. Kiedy miał dwadzieścia lat, stracił najbliższą rodzinę: jego ojca, wujka, ciotkę i babcię deportowano z ponad pięcioma tysiącami żydów z Drohobycza do obozu zagłady w Bełżcu. Matkę wywieziono w 1943 do Lasu Bronieckiego pod Drohobyczem, gdzie została zastrzelona i pogrzebana w masowym grobie. Przeżył trzy obozy koncentracyjne: Płaszów, Gross-Rosen i Buchenwald. Przed końcem wojny uciekł z marszu śmierci. Po wojnie pracował jako tłumacz sowieckich władz okupacyjnych w Saksonii. Nie udało mu się wyemigrować do Argentyny, gdzie mieszkał jego drugi wujek, został więc w 1946 r. "repatriowany" z Niemiec Wschodnich do Drohobycza. Skończył tamtejsze Konserwatorium. Pracował jako nauczyciel muzyki, śpiewak i skrzypek. Po śmierci żony został sam. Syn i córka wyjechali do Niemiec. Mieszkają we Frankfurcie nad Menem.
Cienie
wychodzą z mgły Koncert Alfreda Schreyera w Galerii Beletage odbył się z inicjatywy Robina Lautenbacha, wieloletniego korespondenta ARD w Warszawie, który nakręcił film o Brunonie Schulzu i zrozumiał, że "Europa nie kończy się ani na Odrze, ani na Bugu, a sztuka awangardowa była tworzona nie tylko w Berlinie, Paryżu i Wiedniu". Podczas reporterskich wędrówek po Polsce poznał Bartłomieja Michałowskiego. Ten urodzony w 1964 r. malarz i właściciel dwóch galerii: w rodzinnym mieście i w Kazimierzu nad Wisłą, od najmłodszych lat interesował się przeszłością, światem sztetli – przedwojennych żydowskich miasteczek, zamieszkałych przez religijnych chasydów. Żeby ten zgładzony świat ocalić od zapomnienia, zaczął go uwieczniać na nastrojowych akwarelach, na których ludzie wyglądają jak cienie we mgle. Zafascynowała go także osoba i twórczość Brunona Schulza, autora "Sklepów Cynamonowych", "Sanatorium pod Klepsydrą" i "Xięgi Bałwochwalczej", który urodził się 12 lipca 1892 r. w Drohobyczu w rodzinie zasymilowanych galicyjskich żydów, mówiących po polsku, dość obojętnych wobec tradycji i religii żydowskiej. Mimo że Bruno Schulz był cenionym pisarzem i malarzem, nazywanym „polskim Kafką”, to w rodzinnym mieście go nie doceniano. Zarabiał na swoje życie i licznej rodziny (matki, siostry, jej dwojga dzieci i kuzynki) jako nauczyciel rysunku, prac ręcznych i matematyki w drohobyckim gimnazjum. Jego uczniem był Alfred Schreyer. Bartłomiej Michałowski, który w 2004 r. zainicjował odbywający się od tamtej pory co dwa lata Festiwal Brunona Schulza w oddalonym o dwieście kilometrów od Lublina Drohobyczu, gdzie spotkał pana Alfreda. Zaczął organizować jego recitale, połączone z wystawami swoich akwarel, dzięki którym publiczność w Lublinie, Krakowie, Warszawie i Berlinie mogła odbyć wzruszającą podróż do przeszłości: do przedwojennych Kresów Wschodnich, zamieszkałych przez Polaków, żydów i Ukraińców: obywateli II Rzeczpospolitej.
Wojenko,
wojenko... Piosenki, które Alfred Schreyer śpiewał przez dwa wieczory po polsku, niemiecku, rosyjsku, ukraińsku, hebrajsku, w jiddisch i... po lwowsku, poruszyły serca publiczności, stłoczonej w Galerii Beletage. Niektórym kręciła się łezka w oku, kiedy słuchali szlagierów, znanych im z dzieciństwa, młodości lub z płyt rodziców i dziadków. Razem z leciwym artystą, który zadziwiał młodzieńczą kondycją i niezwykłą siłą głosu, nucili dawne przeboje: "Przy kominku", "Miasteczko Bełz", "Bałałajka", "Tylko we Lwowie", "Nikt za mną nie tęskni", "Baj mir bist du szejn", "Miłość ci wszystko wybaczy", "Kinderjorn", "Wojenko, wojenko...", "Shalom aleichem". Klaskali w rytm tang i walców, które mistrzowsko grał na skrzypcach przy równie mistrzowskim akompaniamencie Tadeusza Serwatki i Lwa Lobanowa. Koncert trwał i trwał, bisom nie było końca. Po koncercie pan Alfred był oblegany, bo każdy chciał zamienić choć jedno słowo z tym niezwykłym artystą i człowiekiem: uosobieniem dawnej, wielokulturowej Rzeczpospolitej. Człowiekiem, który w czasie wojny doświadczył tyle złego, a mimo wszystko zachował radość życia, wdzięk, i pogodne usposobienie. "To, że ocalałem", opowiadał potem na spotkaniu, prowadzonym przez Robina Lautenbacha, "zawdzięczam Brunonowi Schulzowi, który nas wszystkiego nauczył. W obozie pracy przymusowej w Drohobyczu pracowałem jako stolarz, co pozwoliło mi uniknąć deportacji do obozu zagłady w Bełżcu". Wspominał swojego nauczyciela jako "niezwykle skromnego człowieka o cichym głosie. O tym, że otrzymał ważną literacką nagrodę w Warszawie, w Drohobyczu nikt nie wiedział. Na jego lekcjach panował gwar, aż do chwili, kiedy na naszą prośbę zaczął opowiadać bajki. Wtedy w klasie było jak makiem zasiał. Nie przypominam sobie treści tych bajek. Nikt ich nie nagrał, bo w tamtych czasach nie było dyktafonów, ale pamiętam, że pan profesor – tak się wtedy nazywało nauczycieli – mówił wyszukaną, piękną polszczyzną". Był świadkiem tragicznej śmierci Brunona Schulza: "19 listopada 1942 r. o 9 rano Bruno Schulz stał przed Radą żydowską, czekając na przydział chleba. Nagle na ulicy pojawił się oficer SS, Karl Günther, wyjątkowy bandyta, który powiedział: 'Odwróć się', po czym strzelił mu dwa razy w tył głowy. To było straszne i tragiczne, tym bardziej, że pisarka Zofia Nałkowska załatwiła Schulzowi fałszywe papiery i chciała go ukryć w Warszawie. Miał po niego przyjechać łącznik Armii Krajowej i zabrać go do Warszawy. Spóźnił się o parę dni, więc chory, wycieńczony i głody Bruno Schulz musiał zdobyć coś do jedzenia". Pan Alfred wspominał też swoje wojenne losy: "Po śmierci najbliższych zostałem zupełnie sam. Przeżyłem trzy obozy koncentracyjne, ale najgorsza była filia Buchenwaldu w miejscowości Taucha pod Lipskiem, gdzie w fabryce pancerfaustów dwanaście godzin dziennie ładowałem ich lufy do skrzyń. Spuchłem z głodu, moje nogi były na górze grubsze niż na dole. A mimo wszystko przeżyłem: w dzień moich 23 urodzin zakończyła się wojna".
Muzyka
zdobyła serca Tadeusz
Serwatko, młodszy od Alfreda Schleyera o dziewięć lat, też
jest przykładem powikłanego losu człowieka, który urodził
się w złym czasie i w złym miejscu. Jego matka tuż
przed wojną wyjechała do USA i oddała go pod opiekę
znajomej kucharce. Żeby ocalić go od pewnej zagłady,
został ochrzczony imieniem, które nosi do dziś. O tym, że
jest żydowskim dzieckiem, dowiedział się dopiero po
wojnie. Swojej prawdziwej matki potem już nigdy nie spotkał,
chociaż przez wiele lat starała się go odnaleźć.
Przybrana matka ukryła to przed nim, bo, jak powiedział:
"Strach było czymś takim się chwalić. Nie dość,
że żyd, to jeszcze upomina się o niego rodzina,
mieszkająca w centrum światowego imperializmu. Na szczęście
czasy się zmieniły i dziś można o tym wszystkim głośno
mówić". Z innymi problemami boryka się Jakov Goldberg,
52-letni przedsiębiorca, który przyjechał razem z Alfredem
Schreyerem i jego zespołem do Berlina. Zajmuje się remontem
Wielkiej Synagogi, oddanej na początku lat 90-tych gminie żydowskiej,
największej bóżnicy zachodniej Ukrainy, która w czasie wojny
została przez Niemców zdewastowana: znajdował się tam
magazyn soli. Po wojnie władza radziecka umieściła w niej
z kolei sklep meblowy. "To wprawdzie ocaliło synagogę od
doszczętnego zniszczenia i rozbiórki, ale jej stan był opłakany.
Nasza gmina jest mała – to niespełna 300 najczęściej
starych i biednych ludzi. A w czasach kryzysu gospodarczego pieniądze
od międzynarodowych organizacji żydowskich też nie płyną
zbyt wartko". Zbyt wartko minęły niestety dwa
niezapomniane wieczory, spędzone na słuchaniu muzyki i
wspomnień artystów z Drohobycza, posługujących się
– jak ich nauczyciel i patron – piękną polszczyzną,
którzy w stolicy Niemiec występowali pierwszy raz. Zapewne nie
ostatni, bo zdobyli serca publiczności. Ci, którzy nie mogą
się doczekać następnego recitalu, powinni wybrać się
na Festiwal Brunona Schulza, który odbędzie się pod koniec
maja w jego rodzinnym mieście. Tekst und
Fotos
© Urszula
Usakowska-Wolff 15.03.2010
|