Ready-Made-ManWygląda jak idealny zięć, o których marzą teściowe: przystojny mężczyzna w sile wieku, w skromnym, czarnym garniturku jakby z lat konfirmacji, z łagodnym uśmiechem na zmysłowych ustach i czarującym spojrzeniem, któremu nieobce są pokusy i inne przyjemności doczesności. Jeff Koons to zupełnie normalny artystyczny mega-gwiazdor, który na całe dwa dni pojawił się osobiście w surowych wnętrzach Kunsthalle w Bielefeldzie i przez niecałe dwa miesiące przebywać tam będzie za pośrednictwem setki mniej lub bardziej malarskich dzieł, wykonanych w stylu dawnych mistrzów głównie przez dziesiątki jego asystentów. Trudno się więc dziwić, że na otwarcie głośnej wystawy w sobotę, 21 września, do Bielefeldu ściągnęło 850 miłośników i miłośniczek eventów z całych Niemiec, wśród nich czołowa kolekcjonerka arystokracji, księżna Gloria von Thurn und Taxis z Regensburga, której pięciominutową obecność na wernisażu celebrowała lokalna prasa. Trochę dłużej Jeffa Koonsa celebrowała publiczność, cierpliwie stojąca w kolejce po autograf Mistrza, który nie odmówił nikomu podpisu ręki (nie)śmiertelnej, bo inne pokaźne części jego ciała też było widać ze ściany jak na dłoni. Średnia klasa - duża kasaUrodziłem
się
(w 1955 roku w mieście York w Pensylwanii) jako
leworęczny. Moi rodzice mówili mi zawsze: To znak artystycznych
zdolności, wyznał Jeff Koons dyrektorowi Kunsthalle w
Bielefeldzie, dr Thomasowi Kelleinowi, który wydrukował opinie
artysty na każdy temat i na 31 stronach wywiadu-rzeki 112
stronicowego katalogu jego obrazów i oleodruków z ostatnich 22 lat. Tak
więc już w przedszkolu ową lewą ręką tworzył
sztukę, bo sztuka bardzo mi się
podobała. Podobało mi się rysowanie i malowanie. Dawało
mi rodzaj poczucia wartości. Od najmłodszych lat podobało
i udawało mu się także wystawianie i sprzedawanie: jego
ojciec, czołowy dekorator i właściciel sklepu z wyposażeniem
wnętrz w Yorku, wystawiał młodzieńcze prace zdolnego
syna i z powodzeniem je upłynniał. Z tamtych czasów Koonsowi
juniorowi pozostała skłonność do admiracji i
celebracji dekoracji oraz wiedza o gustach przyszłej klienteli, czyli
przedstawicieli białej, zamożnej amerykańskiej klasy średniej:
klasy dużej kasy. Po studiach artystycznych w Chicago i Baltimore
(1972 - 1976) wyjechał do Nowego Yorku i pracował najpierw w
Museum of Modern Art, gdzie sprzedawał bilety i werbował nowych
sponsorów MoMa. W muzeum poznał mechanizmy funkcjonowania giełdy
próżności. Na początku lat osiemdziesiątych zaczął
pracować na prawdziwej giełdzie, gdzie na własny rachunek i
na zlecenie renomowanych firm brokerskich sprzedawał akcje, papiery
wartościowe, złoto i bawełnę. Podobno nie tylko
dlatego, że zarabiał (zaledwie) dwa razy tyle, co w muzeum, ale
z powodu możliwości wniknięcia w tajniki bawełny i płótna:
wszystkie materialne nauki Jeff Koons wyciągał zawsze i wszędzie
dla swojej sztuki.
Nowy
papier wartościowy
Na
salony sztuki, utrzymywane w czystości i wyglansowane na wysoki połysk
przy pomocy odkurzaczy marki „Hoover” Jeff Koons wkroczył w 1984
roku dzięki serii tych odkurzaczy, umieszczonych w widowiskowo oświetlonych
witrynach pod tytułem The New
w The New Museum of Modern Art w Nowym Yorku. Owa Nowość
była z jednej strony dostosowaną do nowych czasów starością:
nowym wydaniem znanych ready made Marcela Duchampa; z drugiej strony
apoteozą konsumpcji, podniesionej do rangi cennego, muzealnego
eksponatu. Odkurzacze pod szkłem trwały w stanie wiecznej czystości,
sprzecznej z przeznaczeniem tych maszyn, służących do
usuwania brudu. Nowość
okazała się już wówczas niezłą maszynką do
robienia pieniędzy, bo każdy jej egzemplarz wyceniony był
przez artystę na 3000 dolarów. Wprawdzie ta cena wywołała
wówczas pewną bulwersację, dla nabywców stała się
niezłą lokatą kapitału: dziś wartość
poszczególnych „Hooverów” Koonsa wzrosła stukrotnie, czyli
akcja pod tytułem Nowość
i aktualnie sprawdza się na aukcjach. Szczyt
popularności dzięki kiczowatości
Szczyt popularności Jeff Koons osiągnął w latach dziewięćdziesiątych, tworząc przy pomocy „strugaczy Pana Boga” z bawarskiej miejscowości Oberammergau drewniane i kiczowato pomalowane rzeźby: Jacko (Michaela Jacksona) z ulubionym szympansem Bubbles, figury wielkich brytyjskich policjantów z jeszcze większymi misiami, porcelanowe pudle oraz inne, gigantyczne pieski pod tytułem Puddy z 60.000 tysięcy kwiatów, którego pierwsze wydanie w 1992 roku po raz pierwszy uradowało publiczność w niemieckim mieście Arolsen (niedaleko Kassel, gdzie na documenta IX Koons nie został zaproszony) i dziś dwa staro-nowe Puddy radują ją przed Guggenheimem w Bilbao i Centrum Rockefellera w Nowym Yorku. W innych pracach z tamtych lat Jeff Koons pokazał całkiem bez osłonek, że artysta może stać się przedmiotem zainteresowania szerszej publiczności, czyli międzynarodowej prasy o eufemistycznej nazwie „bulwarowej”. Podczas pobytu w Rzymie zainteresował się bowiem plakatami, na których męską płeć zaspakajała Ilona Staller, bardziej znana pod artystycznym pseudonimem Cicciolina. Artysta Jeff Koons zapragnął wykorzystać ją rychło jako nowe ready made. Cicciolina - porno dziewczyna z krwi i kości, wkrótce zaczęła mu nie tylko jako przedmiot sztuki dostarczać dużo zmysłowej przyjemności. Dzięki niej 35-letni mężczyzna poznał sztukę miłości. Ledwo się obejrzał, a ona go uwiodła, co było do pokazania na płaskich obrazkach pod tytułem Made in Haven (powinno się chyba nazywać Ready Made in Heaven) i w trójwymiarowej rzeźbie na Biennale w Wenecji w 1990 roku, wieszczącej akt prokreacji, bo dwa lata później małżeństwu Koons-Staller urodził się syn Ludwig-Maksymilian, przyszła kość niezgody. Od publicznego wzwodu do rozwodu Od
połowy lat dziewięćdziesiątych ojciec Ludwiga dwojga imion
rzadko pojawiał się na rynku sztuki, częściej na rynku
prasowym: jako bohater relacji o (przegranej) walce o prawa rodzicielskie do
ukochanego, męskiego potomka. Najpierw Jeff z Ciccioliną byli po słowie,
bo kiedy się poznali, on uwierzył jej na słowo, że ona
jest ofiarą pornografii i że chcę zakończyć tę
historię. Ale nie możesz przez 25 lat kręcić filmów
pornograficznych i potem nagle przestać. Moja eks-żona tego niestety
nie potrafiła i dlatego nasze małżeństwo zakończyło
się takim fiaskiem, zwierzył się dziennikarce Neue Westfälische
(24.09.02) w Bielefeldzie. Okazuje się więc, że sztuka sztuką,
lecz w życiu osobistym przedstawiciela amerykańskiej klasy średniej
najlepsza jest żona porządna, czyli niepracująca, tym bardziej,
że został on w tym roku doktorem honoris causa Collegu of Art and
Design w Waszyngtonie D.C. i kawalerem francuskiego Orderu Legii Honorowej. Martwe
natury konsumpcyjnej kultury
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych znowu dużo było słychać o ciężkiej pracy leworęcznego Jeffa Koonsa, wykonywanej przy pomocy rąk kilkunastu asystentów w jego nowojorskiej pracowni według komputerowych ready made Mistrza, który, zgodnie z własnym przekonaniem, kontynuuje już nie tylko tradycje Duchampa, Mana Raya, Jaspera Johnsa, Picasso, ale także dużo od nich starszych Leonarda da Vinci i Michała Anioła. W ostatnich dwóch latach malarstwo następcy wielkich mistrzów pokazywano u Guggenheima w Berlinie (obrazy z serii Easyfun-Ethereal 2000), w Kunsthaus Bregenz w Austrii (Easyfun, Easyfun-Ethereal i Celebration), a teraz cieszy się z nich publiczność wystawy Jeff Koons. Obrazy 1980 - 2002 w Kunsthalle w Bielefeldzie. Szczęśliwy malarz chodliwy Zawsze widziałem siebie jako malarza. Moje rzeźby też zawsze traktowałem jak malarstwo, twierdzi Jeff Koons. Egzemplifikacją jego punktu widzenia jest ostatnia wystawa, na którą składa się prawie sto prac, w tym jedna trzecia olejów i oleodruków na płótnie, pokazywana do 10 listopada w Bielefeldzie. Uderzająca jest płaskość i powierzchowność tego malarstwa - kolażu konsumpcyjnej codzienności, triumfalnej banalności, podniesionego do rangi fetysza beztroskiego (nad)używania. Dzięki celebracji konsumpcji, złożonej z nijak do siebie nie przystających, wyrwanych z kontekstu przedmiotów powszechnego spożycia: sportowego obuwia, alkoholi, radosnej kopulacji w motylkowatej dekoracji lub na innym obrazku z cyklu Made in Haven, gdzie ukochana wówczas kobieta języczkowana jest pod hasłem Maneta, a także bitej śmietany, smakowitej kandyzowanej czereśni, błyszczącej bransoletki i innych jasnych przedmiotów masowego pożądania, przegląd malarstwa kontynuatora wielkich mistrzów jest socjogramem naszych czasów. Jest gigantyczną i gigantomańską martwą naturą, wyrazem popcorn-kultury pod zastrzeżonym znakiem marki Jeff Koons ®. Nowość nicości, nicość nowości Pod piękną, wielkim wspólnym wysiłkiem perfekcyjnie wykonaną powierzchnią jego płócien czai się wielkie, kolorowe, fragmentaryczne i kuszące NIC. NIC ale jednak COŚ, bo nazywa się Made in Heaven, Easyfun, Easy-Ethereal, Celebration. Jest lekkie, łatwe, przyjemne i zabawne, prawdziwe, wieczne i ulotne, bo ma dla każdego coś miłego, nowego, choć znanego, zarazem ziemskiego i odlotowego. Słusznie więc Jeff Koons wyznał dziennikarce Neue Westfälische w cytowanym wywiadzie: Jako artysta lubię kontynuować tradycję i pracować nad nowymi rzeczami. Zawsze lubiłem takich artystów, jak Duchampa; ludzi, którzy swoją sztuką wyrażali zainteresowanie życiem. Nowość daje człowiekowi uczucie, że jest on w stanie coraz bardziej się rozwijać aby dojść do przekonania, jak wielka może być sztuka. Sztuką Jeffa Koonsa jest Jeff Koons - najwyższa postać readymadyzacji.
Zdjęcia © Jeff Koons i
Kunsthalle
Bielefeld Jeff
Koons. Die Bilder. 1980-2002 22.09.-10.11.2002.
|